Wyobraźmy sobie elegancki salon w Madrycie, rok 1630. Ciężkie kotary tłumią światło, srebrne świeczniki roztaczają miękką poświatę, a przy dębowym stole, obok misternie rzeźbionych wachlarzy i kielichów z winem, stoi niewielka porcelanowa filiżanka. Z jej wnętrza unosi się aromat nieznany jeszcze szerokiemu światu: gorzkawy, ciężki, z nutą ziemi i przypraw. To kakao – napój, który przywędrował z Nowego Świata i rozpoczął w Europie karierę równie spektakularną, co kontrowersyjną.
Na początku nie było wcale oczywiste, że ów „czarny wywar” znajdzie tylu entuzjastów. Hiszpanie, pierwsi europejscy smakosze kakao, zetknęli się
z nim w Meksyku, gdzie Aztekowie bardzo je cenili. Pili je z dodatkiem chilli, kukurydzy i wanilii. Napój ten był gęsty niczym owsianka i daleki od tego, co dziś znamy pod hasłem „gorąca czekolada”.

Domowa służąca (maid) niesie tacę z filiżanką gorącej czekolady i szklanką wody. Tło neutralne, uwaga skupiona na figurze i przedmiotach (filiżanka, taca, woda). Uroku dodaje precyzja pastelu, kontrast między delikatnością tkanin, porcelaną, elementami srebrnymi lakierowanymi tacami. Obraz pokazuje luksus codzienny — drobny gest, który mówi o klasie.
Hernan Cortés, bardziej żołnierz niż smakosz, przywiózł ziarenka kakao do Europy, lecz szybko zrozumiał, że w swej pierwotnej formie napój odstraszał raczej niż uwodził. Dopiero odrobina cukru – a wkrótce i cynamonu – odmieniła jego los.
Kakao zaczęło więc drogę przez królewskie dwory Hiszpanii, a następnie gęsto rozlało się po całej Europie. W XVII wieku, gdy każda nowość z kolonii wzbudzała sensację, czekolada weszła w modę obok kawy i herbaty. Jednak jej reputacja była szczególna: nie tylko poprawiała humor, ale też – jak zapewniali ówcześni medycy – działała wzmacniająco na serce i płodność.

Luis Egidio Meléndez, ok. 1770. Martwa natura: chocolatera (garnek do czekolady), filliżanka, pieczywo. Dokument luksusowego hiszpańskiego zwyczaju.
Włoski lekarz Antonio Colmenero de Ledesma zachwalał, że „czekolada ożywia ciało, rozwesela ducha i wzmacnia płodność”. Szeptano nawet, że z jej pomocą można „przywrócić mężowi ochotę do małżeńskich obowiązków” –
i trudno się dziwić, że na dworach traktowano ją niemal jak miksturę miłosną.
We Francji czekoladę rozpropagowała Maria Teresa Austriaczka, żona Ludwika XIV. Sama mawiała podobno: „Czekolada to mój sekret szczęścia i zdrowia”. Król Słońce, choć miał mieszane uczucia, nie mógł powstrzymać czekoladowej mody. Madame de Sévigné, jedna z najbystrzejszych kronikarek epoki, raz pisała do córki z zachwytem: „Czekolada uczyniła mnie nieśmiertelną”, by już tydzień później ostrzegać:
„Nie pij jej zbyt wiele, moja droga, bo spali ci krew i serce”.
Francuski dwór kochał więc czekoladę z równą intensywnością, z jaką się jej obawiał. W Anglii natomiast czekolada znalazła swój dom w słynnych „chocolate houses”. Były to kluby dla bogaczy, gdzie podawano gorącą czekoladę, hazard mieszał się z polityką, a plotki krążyły szybciej niż filiżanki.
Samuel Pepys, autor najsłynniejszego dziennika XVII wieku, zapisał pewnego dnia, że po nocnej libacji ratował się „kubkiem czekolady, aby uspokoić żołądek”. To brzmi jak pierwsza znana notatka o „kacu leczonym czekoladą.
Z kolei w londyńskim Cocoa Tree Club podejmowano decyzje polityczne, które miały wpływ na losy imperium. Jeden z obserwatorów pisał, że
„przy czekoladzie powstają gabinety cieni i upadają ministrowie”.
Nie brakowało też krytyków. Ortodoksyjni moraliści uważali, że napój ten psuje krew i wywołuje niezdrowe podniecenie. W Neapolu zakonnicy spierali się, czy picie czekolady łamie post. Papież Klemens VII miał podobno uśmiechnąć się i rzec: „Liquidi non frangunt ieiunium” – „Płyny nie łamią postu”. Tym krótkim zdaniem zapewnił czekoladzie miejsce na klasztornych stołach i w pobożnych żołądkach Europy.
Anegdot nie brakuje także z późniejszych czasów. Wolter – mistrz ciętej ironii – pił ponoć do czterdziestu filiżanek czekolady dziennie, mieszając ją z kawą. Twierdził, że napój ten „rozświetla umysł” i ułatwia pisanie satyr.
Casanova zaś, słynny uwodziciel, wspominał w swoich pamiętnikach, że filiżanka gorącej czekolady była jego ulubionym preludium do zalotów. Czy można się dziwić, skoro Europa już od stuleci wierzyła w jej afrodyzyjne działanie?
Dla mieszczan i szlachty liczył się efekt: ekskluzywna, egzotyczna przyjemność, która odróżniała ich od pospólstwa.
Ziarna kakao stały się towarem kolonialnym, obok cukru i kawy. Ich uprawa na plantacjach w Ameryce i na Karaibach wiązała się z dramatyczną historią pracy niewolniczej– o czym w Europie chętnie zapominano, popijając kolejną filiżankę.
Dopiero XVIII i XIX wiek uczyniły z czekolady napój i pokarm masowy. Rewolucja przemysłowa, wynalezienie pras do tłoczenia tłuszczu kakaowego i pierwsze tabliczki czekolady otworzyły drogę do tego, by cudowny napój bogów Azteków trafił pod strzechy.

| Cup of Chocolate (Renoir) – scena kobiety przy filiżance, podkreślona atmosfera spokoju i prywatności; nieco bardziej domowa / zwyczajna niż sceny salonowe z XVIII w. Porcelana i filiżanka nadal mają znaczenie, ale nie są już tylko sygnałem luksusu — są częścią codzienności. |
Jednak w epoce nowożytnej czekolada była czymś więcej niż tylko smakołykiem – była manifestacją statusu, luksusu i marzeń o egzotycznym świecie, który Europie wydawał się coraz bliższy, a zarazem wciąż niepojęty.
Kiedy więc dziś sięgamy po kubek gorącej czekolady w jesienny wieczór, pamiętajmy, że nie pijemy tylko słodkiego napoju. Pijemy kawał historii, w której splatają się dwory królewskie, klasztorne dysputy, kolonialne plantacje i szczypta magii. A może – gdzieś między kolejnymi łykami – słychać jeszcze szelest wachlarzy w Wersalu, zniecierpliwione szepty w londyńskich klubach i rechot Woltera, który z filiżanką czekolady w dłoni szydził z połowy Europy.
Dodaj komentarz