Polska wieś sprzed dwóch stuleci. Chałupa kryta strzechą, w sieni suszą się zioła, a w kącie, w wiklinowym koszu, cicho skrzypi dziecko. Wtedy jeszcze nie było apteki za rogiem, a lekarz pojawiał się rzadziej niż kometa.
Cała medycyna, jaką miał chłop w zasięgu ręki, kryła się w ogrodzie i w lesie.
Jałowiec – roślina twarda, kolczasta, niby niepozorna. Ot, krzew rosnący na piaskach i nieużytkach, wiecznie zielony, kłujący, a przy tym pełen tajemnic. Lud wiejski cenił go nie tyle za urodę, co za moc – tę namacalną, praktyczną, a także tę bardziej ulotną, zaklętą w wierzeniach i obrzędach.
Przede wszystkim był to strażnik zdrowia. Wierzono, że jagody jałowca oczyszczają krew i wzmacniają siły, a dym z palonych gałązek odpędza choroby.
Gdy bydło zapadało na „morowe powietrze”, gospodarz kazał okadzać oborę jałowcowym dymem – i nie bez racji, bo żywiczne opary działały antyseptycznie. W czasach, gdy nikt nie znał bakterii, chłopi intuicyjnie wykorzystywali roślinę jako naturalny środek dezynfekcyjny.
Ale jałowiec to nie tylko lekarstwo dla bydła. Kobiety sięgały po jego jagody, by „przewietrzyć” organizm – służyły jako środek moczopędny i poprawiający trawienie. Podawano je w formie naparów, czasem żuto na surowo. Pachniały ostro, żywicznie, pozostawiały na języku cierpki posmak lasu. Starsze pokolenia mawiały, że „kto jałowiec gryzie, tego zła moc nie chwyci”. W tej ludowej mądrości kryło się przekonanie, że roślina chroni zarówno ciało, jak i duszę.

Leonardo da Vinci „Portret Ginevry Benci” Juniper (jałowiec, ginepro) tworzy „halo” za głową portretowanej — symboliczny motyw: gra słów z imieniem Ginevra (która miała być chorowita, a jałowiec odpędzał wszelakie zło). To rzadki, a może nawet jedyny, przypadek użycia jałowca w portrecie renesansowym, roślina ta była niezwykle pospolita.
Nie do przecenienia była też jej rola w kuchni i w spiżarni. Wędzone w jałowcowym dymie mięso zyskiwało nie tylko smak, lecz i trwałość. Żywica wnikała w strukturę mięsa, chroniąc przed zepsuciem. Jeszcze w XIX wieku gospodynie dodawały garść rozgniecionych jagód do kiszonej kapusty albo do zalewy ogórkowej – smak stawał się wyraźniejszy, głębszy, a całość lepiej się przechowywała. Trudno więc mówić o polskiej tradycji kulinarnej bez jałowca.
W chłopskich opowieściach powtarza się anegdota o gorzelniku, który kisił kapustę z dodatkiem jagód. Pewnego roku zabrakło mu tego dodatku, i cała beczka poszła w kwaśną, nieprzyjemną nutę. „Od tego czasu – pisał pamiętnikarz z Mazowsza – żaden porządny gospodarz nie zaryzykował kiszonki bez jałowca”. Tak rodziła się kulinarna tradycja, która przetrwała do dziś – wszak i współczesne przepisy na bigos zalecają garść ciemnych, pachnących owoców.
A przecież był i wymiar symboliczny. Jałowiec rósł najczęściej na granicy pól, na miedzach i ugorach.
Co ciekawe, już samo słowo „jałowiec” wzięło się od ziemi jałowej, której nikt uprawiać nie chciał.
Jałowiec rósł więc tam, gdzie kończyła się ludzka własność, a zaczynał świat „niczyj”, często utożsamiany z tym, co niebezpieczne. Krzew o ostrych igłach wydawał się naturalną strażą przed złymi mocami. Na przykład podczas Bożego Narodzenia wkładano gałązki do izb, by chroniły domostwo przed urokiem i chorobą. W niektórych regionach wplatano je w wieńce weselne, symbolizując ochronę młodej pary przed „złym spojrzeniem”.
W miarę jak postępowało „oświecenie medycyny”, jałowiec trafił także do oficjalnych zielników i aptek. W XIX wieku zalecano go przy „dolegliwościach reumatycznych” i „słabości żołądka”. Aptekarze destylowali z jego owoców olejek, który dziś znamy jako podstawę ginu – lecz dla ówczesnych był to raczej specyfik wzmacniający niż trunek rozrywkowy, choć oczywiście szeroko dostępny w żydowskiej karczmie.

North, Marianne; Old Cypress or Juniper Tree, Nevada Mountains, California; Royal Botanic Gardens, Kew. http://www.artuk.org/artworks/old-cypress-or-juniper-tree-nevada-mountains-california-88144
Patrząc z perspektywy, można powiedzieć, że jałowiec był dla chłopów tym, czym dla mieszczan apteka, a dla szlachty piwniczka z trunkami i przyprawami. Nie można też pominąć roli jałowca w karczmach. Zanim gin stał się trunkiem wielkich miast, wiejscy karczmarze macerowali jagody w gorzałce, tworząc specyfik o mocy większej niż zdrowotnej. Podawano go przy bólu brzucha, przy przeziębieniu, a niekiedy… bez żadnej wymówki. Mówiono, że „jałowcówka rozgrzewa lepiej niż piec kaflowy”, a i odwagi dodaje, jeśli trzeba stanąć do tańca albo do bitki.
Można rzec, że jałowiec to krzew pokory: kłujący, prosty, nieefektowny. A jednak, gdyby zniknął z dawnej wsi, chłop czułby się jak rybak bez sieci. W tym kolczastym, żywicznym strażniku pobrzmiewa echo dawnej mądrości: nie zawsze to, co piękne i delikatne, ma największą moc.
Czasem największą wartość niesie to, co twarde, skromne i odporne – jak jałowiec, król wiejskich miedz i dymnych izb.
Dodaj komentarz