Świat XXI wieku wywiera ogromną presję na człowieka. Nie dziwi więc wysyp środków na stres i tzw. lepszy performance, którymi przepełniona jest nasza przestrzeń informacyjna. Ujawnia to pewną tragiczną rysę naszej rzeczywistości, w której jednostka coraz trudniej znosi obecny schemat rozwoju naszej cywilizacji.
Niektórzy twierdzą, że najciemniej jest przed świtem, a wkrótce możemy zacząć mierzyć się z problemem zupełnie odwrotnym. Lwia część pracy miałaby zostać zastąpiona przez sztuczną inteligencję. Wielki kapitał zyska w ten sposób nieskończone zasoby autonomicznej siły roboczej, a ludzie zaczną „cierpieć” na przypadłość odwrotną: nadmiar czasu wolnego, co zrodzi równie druzgocące problemy egzystencjalne u większości populacji naszego globu.
Niezależnie od tego co nas czeka, zaburzenia psychiczne będą jedną
z najczęstszych jednostek chorobowych już w perspektywie najbliższych lat. W 2030 roku depresja ma być przypadłością najczęstszą – częstszą od nowotworów, czy chorób serca.Bez dwóch zdań depresja ma niejednolitą i niejasną etiologię, jednak wspomniana wyżej presja i jej wtórne konsekwencje mają istotny wpływ na zdrowie psychiczne człowieka.
Obecnie big pharma poszukuje recept wpisanych w model istniejącej rzeczywistości. Jest to dość brutalna redukcja, gdyż nie rozwiązuje problemu u źródła (jak zadbać o dobrostan człowieka), tylko siłowo stara się wpłynąć na jego percepcję rzeczywistości.
W ramach tego modelu odnajdujemy mnóstwo substancji – poprawiaczy funkcji mózgu (faster, harder, better stronger) i stabilizatorów jego neuroprzekaźników, co ma się wprost przełożyć na dobrostan psychiczny człowieka. Prym tu wiodą rozmaite substancje – grzybowe, roślinne, ale też – o czym rzadko się mówi i pisze – zwierzęce, jak na przykład kambo, czyli żabia szczepionka.
Psychodeliki powoli przełamują kulturowe tabu w kulturze zachodniej i coraz śmielej wkraczają w widzialny, społeczny obraz świata. Całkiem obiecujące są badania nad psylocybiną, substancjami zawartymi w muchomorze czerwonym, czy pewnym gatunkiem sukulenta, zwanym Jazgrza Williamsa, szeroko znanym jako peyotl.
Dziś chcę się zająć wybranymi aspektami pewnej liany, zwanej też pnączem dusz, co jest jednym z tłumaczeń zbitku ayahuasca. To rytualny napój spożywany przez rdzenne ludy Amazonii.

Podobnie jak z naszym polskim bigosem, jego receptura różni się w zależności regionu, ale pewne elementy zawsze pozostają niezmienne. Najczęściej głównymi składnikami wywaru amazońskich Indian jest zawierająca DMT Psychotria viridis oraz Banisteriopsis caapi, która wzmaga działanie tej pierwszej.
Działanie ayahuasci dość szybko zainteresowało Europejczyków i Amerykanów. Pierwsze badania nad psychoaktywnym działaniem dimetylotryptaminy (DMT), która – przypomnę – jest tutaj głównym składnikiem aktywnym, prowadził w Stanach na grupie ochotników węgierski biochemik Stephen Szára już w latach 50. XX wieku. Wśród chętnych znalazł się między innymi znany pisarz i bitnik William S. Burroughs, autor m.in. Nagiego Lunchu.


Szára pracował dla National Institutes of Health. Wziął DMT na warsztat, jednak wcale to nie był jego pierwszy wybór, gdyż przede wszystkim interesowało go zsynetetyzowane przez Hoffmanna jeszcze w czasie wojny LSD. Zamówienie jednak nie doszło do skutku i Szára musiał zadowolić się więc czymś innym, choć jak się później okazało, wcale nie gorszym.
Dimetylotryptamina jest niezwykle mocarną substancją psychoaktywną. Jej działanie powoduje doświadczenia opisywane przez tripperów jako „mistyczne”. Według znakomitej większości relacji, jest to środek, którego zażycie powoduje odlot w pełnym znaczeniu tego słowa. Kontakt z dotychczas odbieraną rzeczywistością ulega zaburzeniu, a umysł zaczyna błądzić w wytworach własnej wyobraźni, którą w znaczącym stopniu zaludniają tajemnicze istoty.
„Dajesz DMT dziesięciu osobom.
Zarkov „Coming Out of Left Field with Gracie and Zarkov” (1987)
Nigdy wcześniej nie mieli DMT, a ty mówisz im tylko, że mogą coś zobaczyć. Jeśli dziewięciu na dziesięciu z nich wróci z opisami elfów, a czterech z nich używa słowa elfy bez wypowiedzenia, uważamy, że powinieneś zbadać zjawisko elfów widziane na DMT.
Co na to nauka? Na początku lat 90tych XX wieku szpital kliniczny Uniwersytetu w Nowym Meksyku przeprowadził badania wykazujące, że ochotnicy przeżyli rozległe zmiany zmienionej świadomości. Ich świat wypełniły rozmaite stwory. Pacjenci widywali elfy, chochliki, kosmitów, zwierzęta. Co ważne, większość tych istot miała istotny i ważny przekaz dla tripperów. Według badanych doznania były tak silne, że tworzyły nową, realną i alternatywną rzeczywistość.
Lekarz prowadzący badania, dr Rick Strassman był Amerykaninem z krwi i kości. W prowadzonych przez siebie na początku lat 90tych XX wieku badaniach upatrzył szansę na zysk płynący z publikacji tego typu rewelacji. W ten sposób światło dzienne ujrzał bestseller, w którym opisał on działanie preparatu. (DMT, Molekuła Duszy).
Jednak „rekreacyjne” użycie DMT, podobnie jak LSD zaczęło swój triumfalny pochód jeszcze w kontrkulturze. Guru amerykańskiej psychodelii, filozof i etnobotanik Terrence Mc Kenna wychwalał pod niebiosa DMT, a dostęp do alternatywnych rzeczywistości, który miał zapewnić preparat, sformułował pod tajemniczo brzmiącą nazwą
samoumieszające się elfy maszynowe
Próby prowadzone na szerszej liczbie osób wykazały dużą zbieżność z rekreacyjnymi doświadczeniami oraz próbami klinicznymi. W badaniu opublikowanym przez „Journal of Psychopharmacology”, przebadano 2561 osób po spożyciu DMT. Testy wykazały, że aż 41% badanych odczuwało strach, a najczęstszym obrazem widywanym przez uczestników badania były duchy, obcy, istoty – przewodnicy.
Istota ma cechy bycia świadomym, inteligentnym i życzliwym, istnieje w jakimś realnym, ale innym wymiarze rzeczywistości i nadal istnieje po spotkaniu.
Jest z pewnością coś frapującego w tych powtarzających się wzorach spotkań z innymi „bytami”. Na marginesie dodam, że są poważni ludzie, którzy snują spekulacje jakoby DMT rzeczywiście przenosiło świadomość w inne dziedziny uniwersum, nie mniej prawdziwe od naszych. W tym ujęciu DMT – co ciekawe naturalnie występujące w śladowych ilościach w organizmie – jest wzmacniaczem naszej wrodzonej antenki, dzięki której jesteśmy w stanie dotrzeć do bytów zamieszkujących inne dziedziny istnienia.
Są to jednak dość radykalne hipotezy i mało kto bierze je na poważnie. Nie przesądzając o prawdziwości lub fałszywości tego typu twierdzeń, trzeba wiedzieć, że doświadczenie psychodeliczne ludzi z pewnością miały przemożny i względnie trwały wpływ na ludzi po zażyciu DMT.
A co na to farmakokinetyka? Dimetylotryptamina zażywana osobno i doustnie jest nieaktywna, dopóki nie zostanie przyjęta łącznie z inhibitorem monoaminooksydazy (MAOi). To właśnie synergia dwóch roślin Psychotria viridis (lub innych źródeł DMT) oraz Banisteriopsis caapi (inhibitor monoaminooksydazy) powoduje potężny efekt psychoaktywny.


Jak można przeczytać w abstrakcie badań Centrum Neuronauki Behawioralnej SWPS, zmianom świadomości towarzyszą odmienne wzorce synchronizacji elektrycznej kory prowadzące do zmiany entropii w aktywności mózgu. Dzięki tym unikalnym właściwościom DMT jest wykorzystywane w badaniach nad neurobiologicznym aspektem ludzkiej świadomości.
Cytując dalej badanie- w ostatnim czasie DMT jest wskazywane jako potencjalny neuroprzekaźnik (Barker 2018; Dean i wsp. 2019), który może prowadzić do dynamicznych zmian w układzie nerwowym oraz uwaga, ważne: neurogenezy, gliogenezy czy neuroplastyczności. Jest to więc psychoplastogen. Dzięki temu DMT może być wykorzystane w terapii chorób psychicznych (np. depresji), ale też chorób neurodegeneracyjnych i urazów mózgu (Frecska i wsp. 2016; Inserra 2018).
Ze względu na naturę swojego działania DMT w skojarzeniu z harmaliną, czy harminą (inhibitory MAOi) bardzo dobrze rokuje jako środek będący środkiem robiącym dobrze skołotanemu umysłowi – choć niestety trzeba przyznać, że poprzez terapię szokową. Czeka Was mocny trip, z którego (i to nie jest przenośnia) już nie wrócicie tacy sami.
Dodaj komentarz